Poród na wesoło.

Poród to temat, o którym przed ciążą nie chciałam słyszeć. A po ciąży nie chciałam do niego wracać.  Jest to ogromne przeżycie, niezapomniane i z pewnością każda z kobiet przeżyje go inaczej. Podstawowe pytanie czy boli? I owszem. Nie będę ukrywała, że nie jest to najłatwiejszy moment w życiu kobiety, ale nie mam zamiaru straszyć, że  ból jest jedynym uczuciem, które zapamiętasz. Pamiętam jak po urodzeniu córki powiedziałam mężowi, że już nie chce przeżywać tego drugi raz. A już po kilku godzinach rozmyślałam jakie błędy popełniłam i co zrobić przy kolejnym porodzie, aby było lepiej. Poza tym jaka wariatka decydowałby się na kolejne dziecko, gdyby to tak strasznie bolało? Jesteś taka jak ja, jak inne kobiety, czemu miałabyś nie dać rady? 🙂

Opiszę Wam jak to było u mnie. Bez zbędnych, negatywnych emocji. O to mój poród na wesoło:

 

Godzina 5 rano pobudka, bo pęcherz znowu daje się we znaki. Nic dziwnego… od kilku miesięcy toaletę odwiedzałam częściej niż własną lodówkę. Na wkładce zauważyłam czerwoną plamkę i taką jakby białą maź. Nie wiem czemu, ale nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Udałam się do łóżka rozmyślając, że muszę jak najszybciej wysłać przyszłego tatusia po zapas lodów (bez nich moja ciąża nie byłaby taka fantastyczna :)). Po chwili poczułam skurcz, za chwilę kolejny i kolejny. Ze stoperem w ręce odliczałam przerwy między jeszcze małym bólem. Przygotowana na 20 min, zdziwiłam się gdy czas wskazywał 10. Nie wiedziałam co się dzieję, a gdy nie wiem budzę męża. On zaspany, średnio przejął się sytuacji więc sama postanowiłam działać. Eksperyment prysznic czas zacząć! Bóle ustąpią to mam jeszcze czas. Jeśli nie, pora przygotować się do jednej z ważniejszych misji w życiu. „O rety, ja rodzę”!, „Łukasz, będziemy rodzicami!”. Szybko suszarka poszła w ruch, nawet odpaliłam prostownice i podkreśliłam oko. „A co, jak rodzić to w dobrym stylu” – pomyślałam.

Postawiłam wszystkich na nogi! A mojemu mężowi krok po kroku wydawałam proste, lecz stanowcze polecenia. Nie bój się, że tata Twojego dziecka się obrazi. Kiedy dotrze do niego, że to już, będzie bardziej przejęty niż Ty sama. Spakowani, szybko podążyliśmy do samochodu. 20 km upłynęło w ogromnej irytacji. Ja rodzę, mąż wyciąga kamerkę i pragnie upamiętnić tą piękną chwilę! Ehh… faceci. Chociaż jak teraz patrzę na filmiki, to uważam je za fantastyczną pamiątkę. Jedno czerwone światło, długie czerwone światło przejechane, wyprzedzanie na trzeciego. I kiedy normalnie puściłabym przeplataną brzydkimi słowami wiązankę teraz wystękałam jedynie trzy słowa: „Koleś, co jest!?”. Szybko usłyszałam odpowiedź: „no przecież rodzisz”! No tak jakbym zapomniała, ale już nie miałam sił odpowiadać.

Po chwili byliśmy już na porodówce. Ja z moją torebką, on z trzema wielkimi torbami. Gdy mąż poszedł zarejestrować swoją, biedną żonę, ja udałam się z położną na badania. 7 cm rozwarcia! O matko, no przecież noworodek już prawie głową jest na Świecie, a ja potrzebuje lewatywy. Poprosiłam położną o zrobienie tego jakże oczyszczającego zabiegu i otrzymałam odpowiedź: „Kobieto, zaraz dziecko będziesz rodzić, a Ty się takimi sprawami przejmujesz”. Spojrzała prosto w moje oczy. Mój bezradny wzrok przeszył jej głowę uświadamiając, że nie dam jej spokoju. Bo ja.. nie wyobrażam sobie rodzić bez wykonania lewatywy. Polecam – Karolina Hartman.

Niestety, podczas wkładania rurki z płynem, również dziecko domagało się wyjścia z brzucha. Wody płodowe wypłynęły. Nie były jednak normalne. Zielony kolor trochę wystraszył położną. Babeczka była genialna! Widziałam jej strach, a z drugiej strony słyszałam śmieszne, chyba w tym momencie tylko dla niej, żarty.  Mąż nie pozostawiał mnie na krok. Takie wsparcie to skarb, nie wiem jakbym dała bez niego radę. Na kibelki spędziłam trochę czasu… właściwie to myślałam, że urodzę na nim, bo działania lewatywy nie chciały ustąpić. A tu dziecko wypycha się na Świat i trzeba podążyć do sali porodowej. Wiecie, marzyłam o kąpieli przed porodem! Takiej ciepłej, rozluźniającej. Miało być tak pięknie i spokojnie. W tle, w moich wyobrażeniach leciała spokojna muzyka. Jednak rodziłam tak szybko, że zanim włożyłam nogę do wanny, już kazano mi z niej wychodzić. Pomyślałam, że wykorzystam wiedzę z kursów i udam się poskakać na specjalnej, dmuchanej piłce. Udało mi się wykonać dwa podskoki, po czym położona spytała: „czy masz zamiar dzisiaj rodzić i czy wejdziesz na to łóżko?”. Zrozumiałam aluzje i wdrapałam się pomiędzy skurczami na świeżo przygotowane łóżeczko. Położną naszło na formalności. Ja tu rodzę, a ta setki pytań i podpisów. Później pogawętki z koleżanką na temat wizyty na cmentarzu (urodziłam 1 listopada). „Hallooo… czy ktoś mnie tu widzi?”. Gdyby nie mąż to nie wiem kto podnosiłby moją nogę! Widać, że na moich położnych, kolejny poród nie robił większego wrażenia. Zaczęłam krzyczeć. Z bólu? Sama nie wiem, chyba po prostu czułam, że wtedy dziecko lepiej wychodzi. O i wtedy mnie zauważono, komentując moje zachowanie: „słychać, że jesteś góralką, pewnie nawet w domu Cię słyszą”. Mimo owego twierdzenia podano mi jakąś maseczkę (w sumie nadal nie wiem co to było). Rzekomo miała mnie rozluźnić.

Ha, ale jak tu się rozluźnić w takiej sytuacji?! 🙂 Widząc męża, który wykonuje sobie telefonem selfie, chciałam jak najszybciej zakończyć tą dziwną sytuacje. I tak się też stało. Tętno dziecka zaczęło spadać, lekarze zrobili wszystko, aby jak najszybciej wyciągnąć dzidziusia z mojego brzucha. I wiecie, kiedy już pomyślicie, że nie dacie rady to znaczy, że poród się kończy.  Że to ostatnie skurcze i parcia! Musicie wytrzymać, nie macie wyjścia… myślcie o tym małym ciałku, które już za niedługo przytulicie. Kiedy mąż krzyknął: „Jest główka, ma włoski” wiedziałam, że muszę w tej chwili dać z siebie wszystko. Mała rada: dokładnie słuchaj swojej położnej! Uspokój oddech, rób to co Ci każe, przyj wtedy gdy Ci wskaże. To kobiety, które znają się na rzeczy i uwierz, że jeszcze bardziej niż Ty, pragną byś jak najszybciej stała się mamą. Mój poród trwał bardzo krótko. Na porodowej sali spędziłam zaledwie 2 godziny i 10 minut. Bardzo bałam się szycia. Teraz wiem, że nie było czego. Dziecko wyskoczyło z mojego ciała, chwila ciszy, pierwszy oddech, pierwszy płacz. Nawet nie wiem kiedy mąż odciął pępowinę… byłam taka szczęśliwa! Stałam się mamą! Szybki pomiar malca, standardowe słowa każdej położnej: „ale piękna córka” i już mogłam przytulić córeczkę do swojego ciała. Dziewięć, nie zawsze łatwych miesięcy, zrekompensowało się w jednej chwili!

Życzę każdej kobiecie podobnego uczucia. Gdy urodzisz poczujesz ulgę, radość i szczęście nie do opisania :).

 

 

1 thought on “Poród na wesoło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *